Ruda: W końcu udało mi
się wyrwać do strefy! Umówiliśmy się na 18 pod KFC. Wszyscy
mieliśmy tak do pół godziny spóźnienia. Weszliśmy sobie bez
problemu. Nie wykryto u nas żadnych bomb. W strefie były jakieś
takie namioty promocyjne McDonald’sa i Organge. W Maku kazali nam
się drzeć i dali takie fajne farbki do twarzy… I breloczki i
fajne mini-lornetki. W Orange było takie interaktywne lustro, które
robiło zdjęcia i można było sobie tam dodawać różne rzeczy jak
czapki, koszulki, skrzydłą czy flagi. Ogólnie fajnie. Była
jeszcze gra. Jakieś strzelanie karnych. Zosia okazała się
mistrzem.
Pomalowaliśmy sobie twarze. Tylko ja i
Mary kibicowałyśmy Niemcom, a Mary tylko dlatego, że nie chciała
mnie zostawić samej. Ja oczywiście dla mojego Boga (Oezil!). W
każdym razie zachciało się mi i Agacie… do toalety, więc
wyszłyśmy ze strefy.
Mijałyśmy Starbucksa i powiedziałam
Agacie, że jeszcze nigdy tam nie byłam na kawie, więc postanowiła
mnie tam zabrać. Kupiłyśmy sobie na spółę karmelowe frappucino
(omnomnom) i siedziałyśmy sobie i gadałyśmy, a oni tam czekali…
Potem jeszcze w jakiejś ładnie urządzonej knajpce kupiłyśmy
(bardziej ja) kawałek pizzy (znowu omnomnom). Jak wróciłyśmy do
strefy okazało się, że oni gdzieś poszli, więc zajęłyśmy
jakieś miejsca pod głównym ekranem i czekałyśmy. Wkrótce
dołączyła reszta.
Każdy wie, jak przebiegał mecz. Ach,
ależ cierpiałam. W przerwie jeszcze skoczyliśmy po kebaba (pierwsy
kebab Maćka). Trzeba było drzeć się do Turków, że nie chcemy
tych dziwnych ogórków i że chcemy zamienić sos na ostry (nie
wypalał, jak się spodziewałyśmy).
W każdym razie Oezil strzelił
ślicznego karnego i moje życie nabrało sensu na nowo. Ale jednak
Niemcy przegrali.
Z Mary zerwałyśmy się dość
wcześnie. Prawie od razu po meczu, bo moja mama stwierdziła, że
musi nas odebrać o 23. O i jeszcze spotkałyśmy Benka (kolegę z
równoległej klasy) i jakiegoś nachlanego kolesia, który też
kibicował Niemcom i jęczał, że „jakiś Murzyn strzelił”.
Zosia:
Mecz był zajebisty. Głównie dlatego, że wygrały Włochy, czego
się zupełnie nie spodziewałam.
Żeby było fajniej, kiedy część z
nas (Ja, Ala, Agata, Maciek, Julek) wracaliśmy do domu nie jeździły
już normalnie tramwaje. Tak więc szliśmy sobie pieszo z rynku do
pasażu krzycząc 'Włochy, Włochy, aeaeao'. Nie mogło się obyć
bez niespodziewanego spotkania nauczyciela, a konkretniej Milo Mailo
jadącego na rowerze rzucając frisbee.
Wróciłam szczęśliwie do domu około
północy. Pozostało zmyć z twarzy i rąk flagi Włoch. Niestety,
nie udało się do końca, więc podczas wręczania świadectw
ściskałam dłoń dyrektorowi z dość dobrze widoczną flagą Włoch
na ręce. I dobrze ;p.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz