czwartek, 28 czerwca 2012

Strefa kibica - Niemcy Włochy



Ruda: W końcu udało mi się wyrwać do strefy! Umówiliśmy się na 18 pod KFC. Wszyscy mieliśmy tak do pół godziny spóźnienia. Weszliśmy sobie bez problemu. Nie wykryto u nas żadnych bomb. W strefie były jakieś takie namioty promocyjne McDonald’sa i Organge. W Maku kazali nam się drzeć i dali takie fajne farbki do twarzy… I breloczki i fajne mini-lornetki. W Orange było takie interaktywne lustro, które robiło zdjęcia i można było sobie tam dodawać różne rzeczy jak czapki, koszulki, skrzydłą czy flagi. Ogólnie fajnie. Była jeszcze gra. Jakieś strzelanie karnych. Zosia okazała się mistrzem.
Pomalowaliśmy sobie twarze. Tylko ja i Mary kibicowałyśmy Niemcom, a Mary tylko dlatego, że nie chciała mnie zostawić samej. Ja oczywiście dla mojego Boga (Oezil!). W każdym razie zachciało się mi i Agacie… do toalety, więc wyszłyśmy ze strefy.
Mijałyśmy Starbucksa i powiedziałam Agacie, że jeszcze nigdy tam nie byłam na kawie, więc postanowiła mnie tam zabrać. Kupiłyśmy sobie na spółę karmelowe frappucino (omnomnom) i siedziałyśmy sobie i gadałyśmy, a oni tam czekali… Potem jeszcze w jakiejś ładnie urządzonej knajpce kupiłyśmy (bardziej ja) kawałek pizzy (znowu omnomnom). Jak wróciłyśmy do strefy okazało się, że oni gdzieś poszli, więc zajęłyśmy jakieś miejsca pod głównym ekranem i czekałyśmy. Wkrótce dołączyła reszta.
Każdy wie, jak przebiegał mecz. Ach, ależ cierpiałam. W przerwie jeszcze skoczyliśmy po kebaba (pierwsy kebab Maćka). Trzeba było drzeć się do Turków, że nie chcemy tych dziwnych ogórków i że chcemy zamienić sos na ostry (nie wypalał, jak się spodziewałyśmy).
W każdym razie Oezil strzelił ślicznego karnego i moje życie nabrało sensu na nowo. Ale jednak Niemcy przegrali.
Z Mary zerwałyśmy się dość wcześnie. Prawie od razu po meczu, bo moja mama stwierdziła, że musi nas odebrać o 23. O i jeszcze spotkałyśmy Benka (kolegę z równoległej klasy) i jakiegoś nachlanego kolesia, który też kibicował Niemcom i jęczał, że „jakiś Murzyn strzelił”.

Zosia: Mecz był zajebisty. Głównie dlatego, że wygrały Włochy, czego się zupełnie nie spodziewałam.
Żeby było fajniej, kiedy część z nas (Ja, Ala, Agata, Maciek, Julek) wracaliśmy do domu nie jeździły już normalnie tramwaje. Tak więc szliśmy sobie pieszo z rynku do pasażu krzycząc 'Włochy, Włochy, aeaeao'. Nie mogło się obyć bez niespodziewanego spotkania nauczyciela, a konkretniej Milo Mailo jadącego na rowerze rzucając frisbee.
Wróciłam szczęśliwie do domu około północy. Pozostało zmyć z twarzy i rąk flagi Włoch. Niestety, nie udało się do końca, więc podczas wręczania świadectw ściskałam dłoń dyrektorowi z dość dobrze widoczną flagą Włoch na ręce. I dobrze ;p.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz