Ala: Pomysł
narodził się w poniedziałek, na długiej przerwie przed
niemieckim. Siedziałyśmy z Mają na korytarzu i skapnęłyśmy się,
że pojutrze urodziny Zosi. Zastanawiałyśmy się, co możemy kupić
w tak krótkim czasie. W końcu któraś rzuciła hasło: impreza
niespodzianka. Wydawało się niemożliwe w tak krótkim czasie.
Zaczęłyśmy entuzjastycznie planować. Do końca dnia wyklarował
się genialny plan: robimy imprezowy czołg na Zosinym podwórku,
pieczemy genialne ciasto i spraszamy tyle ludzi, ile się da. Był
nawet plan z porwaniem jej sprzed jej bramy i zaniesieniem na
miejsce, został jednak odrzucony ze względu na siłę kopiącą jej
nóg. Następnego dnia
musiałyśmy się na Maksa tajniaczyć przed Zosią, która, jak na
filmach, niczego nie podejrzewała (albo tylko udawała). Wieczorem
pojechałam do Korony po składniki do tortu i kartony. Chodziłam za
tymi kartonami chyba z trzy godziny, bo nigdzie nie mieli
odpowiednich. W końcu znalazłam jako takie. Prawdziwa zabawa
zaczęła się, gdy wiozłam je do domu na rowerze. Polecam,
naprawdę. Maja nie mogła
wyjść, za to kupiła dekoracje i nagrała naprawdę zarąbistą
płytę imprezową (niestety przez usterki techniczne nie dane nam
było jej puścić na imprezie). W środę nie poszłam do szkoły,
miałam ważniejsze sprawy na głowie. Musiałam pojechać do
Magnolii po prezent (pluszowe mikroby), zaplanować czołg, upiec
pierwszy tort w moim życiu, kupić spraye do malowania czołgu i
dostarczyć wszystko na miejsce. Było hardcorowo, ale dałam radę.
Po jakimś czasie wbili Maja i Julek, żeby zmontować i pomalować
czołg (który w międzyczasie został obsikany przez psa jakichś
żuli). Efekt był dość żałosny, ale przynajmniej śmieszny.
Zosia i Agata robiły tego dnia prezentację o Herbercie, co dało
świetny pretekst, by jakoś ją przetrzymać z dala od przygotowań.
Agata spisała się naprawdę bosko z odciąganiem powrotu do domu
Zosi. O 17 zaczęli zbierać się ludzie. Przyszli: Ruda, Mary, Asia,
Ania, Misiu, Maciek, Julek, Dagna, Marta, Karol, Sushi, Maja, Daria i Mikołaj
(kuzyn Zosi). Rozłożyliśmy jedzenie, które przynieśli ludzie
(wywiązali się naprawdę świetnie) na stole ping-pongowym i
zaczailiśmy się z piszczałkami za garażem.
Agata: Uważam, że odwaliłam najtrudniejsze zadanie – zajęłam Zosię. Następnego dnia miałam z nią robić prezentację, więc wzięłam ją do domu i piekłam muffinki, które miałyśmy rozdać podczas tejże prezentacji. Był problem z wyjściem o konkretnej godzinie – wymyśliłam bajeczkę o strasznej cioci, która przyjedzie, gdy tylko zegar wybije 18. W zabawę wciągnęłam rodzinkę i tak oto wraz z Zosią wyszłyśmy z mojego domu o odpowiedniej porze. Okazało się że reszta miała poślizg i gdy byłam już przy domu Zosi, musiałam ją czymś zająć na kilka minut… Na szczęście mijałyśmy sklep spożywczy, gdzie chyba pobiłam rekord w najdłuższym przeglądaniu tabel kaloryczności produktów. Gdy wyszłyśmy ze sklepu, musiałam zaciągnąć Zosię na podwórko, co okazało się wbrew pozorom łatwe (‘’ZOSIA WIDZIAŁAM TWOJEGO KOTA WYPADŁ PRZED OKNO UCIEKA PO PODWÓRKU AAAAA!!’’). Gdy przybyłyśmy na miejsce wszyscy wyskoczyli krzycząc: NIESPODZIANKA! Udało się! Wyszło idealnie, Zosia niczego się nie spodziewała.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz